Cześć,
W dzisiejszym tygodniku chciałbym skupić się na jednej historii i rozbudować ją o moje spostrzeżenia. W poprzednią niedzielę miał miejsce Bieg Sylwestrowy na 10 km w którym brałem udział. Nie byłoby w tym nic wyjątkowego, gdyby nie to, że w całym centrum Krakowa nie znalazłem ani jednego miejsca do zaparkowania. Mimo, że obok Poczty Głównej byłem już 30 minut przed rozpoczęciem biegu, to w momencie kiedy pierwsi zawodnicy przekraczali linię startu o godzinie 12:00, ja dopiero wysiadałem z samochodu pod Halą Targową – 750 metrów dalej.

Nerwowymi ruchami zmieniłem dres na strój do biegania i pospieszyłem na start, a musiałem jeszcze po drodze odwiedzić toitoi’a 😅. Linię startu przekroczyłem o 12:08 jako ostatni zawodnik, nie było już nikogo innego. Pierwszego biegacza dogoniłem dopiero koło Bramy Floriańskiej, czyli kolejne 700 metrów dalej. Następnie cały dystans biegu udało mi się utrzymać w miarę równe, mocne tempo. Statystyki pokazują, że średnie tętno w czasie całego biegu to 171 bpm, a więc masakra 🤯 Ostatecznie na mecie zameldowałem się czasem netto 52:46. Idealnie w zakresie, który założyłem sobie jeszcze przed wyjściem z domu, ale wydaje mi się, że adrenalina związana z całym tym spóźnieniem wiele pomogła!

Bieg Sylwestrowy statystyki

Bieg Sylwestrowy mnie wyczerpał totalnie. Dziwny rodzaj zmęczenia z tym wysiłkiem związany odczuwałem prawie do końca roku 😅 dopiero koło 22:00 puściło i mogłem cieszyć się sylwestrem 🎆

W związku z tą historią pojawił się w mojej głowie pewien wniosek. Wbiegając na trasę, miałem wątpliwości, czy jeszcze mój udział zostanie zaliczony. Wiedziałem, że na trasie dam radę wyprzedzać ludzi i nie być ostatnim, ale ten start budził we mnie dyskomfort. Tym bardziej że przez 700 metrów biegłem jako ostatni. Nawet karetka zamykająca trasę już zniknęła za zakrętem, a więc rzucałem się w oczy ludziom, którzy na ul. Floriańskiej stali jeszcze przy barierkach odgradzających drogę dla biegaczy. Trafiło do mnie, że ten bieg odzwierciedla to, jak często próbujemy coś zacząć w życiu. Może to być bieganie w zawodach, albo prowadzenie kanału na youtubie. Ewentualnie przebranżowienie się na inny zawód, kiedy rówieśnicy już od dawna mają ułożone życie. Wiele z tych decyzji zapada, kiedy jeszcze nie trzeba się śpieszyć. Potem upływa sporo czasu zanim dociera do nas, że za chwilę może być już za późno.

I taka lekcja właśnie płynie z tego mojego biegu. Nawet jeśli jesteś ostatni na starcie, to idąc naprzód jednostajnym tempem poprawisz swoją pozycję. Miniesz tych, którym się nie śpieszy, albo tych, którzy rezygnują w trakcie. Musisz w to wierzyć. Osoba, która chce być Youtuberem i dodaje pierwsze kilka filmów, może czuć, że jej praca nic nie znaczy. Na tym portalu są przecież tysiące bardziej rozpoznawalnych kont o podobnej tematyce. Osoba, która chciałaby założyć własną firmę też może zablokować się takim myśleniem: “Wszystko już jest na rynku, jak wymyślić coś nowego?”. Osoba, która chce być wybitnym programistą zauważy, że wyścig trwa od dekad. Czy jest sens zaczynać, skoro linia STARTU może pojawić się dopiero po kilku latach nauki?

Owszem, warto. Nawet osoba, która po prostu chciałaby dobrze wyglądać, może zacząć pracę nad sobą. Niezależnie czy ma 20, 40, czy 60 lat. Cel jest do osiągnięcia, robiąc w tym kierunku jeden krok dziennie.

Dobrego dnia!

zdjęcie z medalem

Nie wiem, czy ta prosta historia zasługuje na taki poziom dramatyzmu, ale …

Ten post – tygodnik – to taki eksperyment. Chciałbym regularnie poprawiać swoje kompetencje w zakresie tworzenia angażujących treści. Kilka minut pracy każdego dnia. Jak w koncepcji przedstawionej w „Atomowych Nawykach”. Jeśli każdego dnia postarasz się być 1% lepszy niż dnia poprzedniego, to po upływie roku będziesz 37 razy lepszy. Jeśli każdego dnia odpuścisz ten jeden procent, to wypracowane zdolności zaczną zmierzać do zera.

Podobne wpisy